Indie: Gdzie się podziała egzotyka tamtych dni??
Wiedziałam, że Indie się rozwijają w tempie ponad 8 procent rocznie. Od wczoraj obserwuję przeskok cywilizacyjny od średniowiecza do całkiem spoko nowoczesności. Może też mnie mniej razi ten syf, ale jednak. Drogi asfaltowe, jakiegoś dramatu z korkiem koło Delhi nie było. Mandawa była wiochą, gdzie nie było dróg i chodziło się po śmieciach, a jest całkiem normalnym azjatyckim miasteczkiem. Zabytki jak niszczały, tak niszczeją i się sypią, ale cudów nie oczekiwałam. Tak, stała na drodze krowa, w sumie byk. Nie było jednak przeskakiwania pomiędzy krowimi plackami. Z boczku fachowy wycementowany rynsztok. Tak, były magnesy: promocja 2 w cenie dolara! Tak, przylazł cinkciarz zawezwany do hotelu. To co mnie zdziwiło, to drastyczne zmniejszenie egzotyki. No dobrze, że zahaczam o ten Radżastan, bo Indie już nie są czwartym światem i coraz bardziej zaczynam wierzyć, że to jakaś potęga gospodarcza z przemysłem kosmicznym i własną doliną krzemową. Tak, są kable na zewnątrz, ale wygląda to póki co schludniej niż w Bangkoku. Jest mnóstwo nowoczesnej deweloperki, slumsy jakoś mniej rzucają się w oczy. Przewodnik nas zabrał na obiad. Boski. Stosunek jakości do ceny: bez uwag. Mam słabe wrażenia z Indii sprzed lat. Za 10 usd naprawdę porządna wyżrka z bufetem. Póki co spędziłam dzień głównie w autobusie, ale byliśmy na prawdziwej stacji paliw z dość czystą (jak na Azje) toaletą... Mały paluszek w górę: znaczy znajdź mi wc. Spodziewałam się czegoś prymitywnego, a tu się trafił lokalny orlen. Nie no, nie taki jak u nas, no ale powiedzmy już bliżej mu do małej stacji gdzieś w Indonezji niż do tego co tu było: wychodka z pływającymi fekaliami ręcznie wybieranymi przez kogoś. O czyszczeniu nocnika własnymi luźnymi spodniami nie wspominając. A tu normalna dziura w ziemi z porcelanową obudową i działającą spłuczką. Wow. Nie ma papieru, aż tak daleko do nie poszło, ale jest znośnie. Ja przecież niedawno płaciłam dolca za wc, żeby tylko było w miarę, a teraz jest jak w Chinach 15 lat temu. Nie, no są śmieci, ale już nie brnie się przez nie w wioskach po kolana. Aśka, Zbychu, chyba możecie już Indie zaliczyć. W sklepiku z pamiątkami ubrania: styl sklepów indyjskich lat 90, ale już nie straszące brudem, zakurzone używki. Idziemy przez miasteczko. Facet sika na mur. Uśmiecham się myśląc o cytacie z jakiejś książki: każdy obsikany skrawek muru oficjalnie staje się latryną. Kiedyś wystarczyło tu dojechać i przetrwać. Każdy mógł zostać tu pisarzem, wystarczyło opisać rzeczywistość wokoło i już wychodził mega materiał, nawet całkowicie nieudolnemu pismakowi. Teraz trzeba się wysilić, by znaleźć te zaskakujące czytelnika smaczki. Ciężarówki już nie takie przeładowane, że sięgają 2 pięter nadbudową. Na wielu pisze, by trąbić, ale nie ma już jazdy w ciągłym hałasie klaksonów. Jest ciszej. Im bardziej na zachód, tym więcej smaczków. Tak, jest pani w sari jadąca na motorze siędząc jak XIX wieczna dama na koniu bokiem, ale nie ma już takiej powszechności i mnogości. Wiele osób jeździ zwykłymi autami. Tak, jest wóz z radżastankami w liczbie "mnogość" na pace za traktorem. Kierowca kiwa po hindusku głową, bo każę mu zwolnić, a grupie robić foty. Zaczyna to jednak być polowaniem na egzotykę. Jak moi Francuzi 2 lat temu w Bieszczadach polowali na wozy pełne siana z dzieciakami na górze! Wozów zaprzężonych w wielbłąda mijamy ledwo 3, a przecież tu w listopadzie, 15 dni po diwali jest największy indyjski targ i można sobie takiego kupić za 2000 usd. Nie znam Indii obracających takimi kwotami na wsi. Mam w albumie zdjęcie jak pani wyczesuje facetowi wszy na wozie, to było ich mieszkanie. Teraz takich smaczków nie ma. Nie widziałam biedoty grzejącej się przy palonych śmieciach, a było to powszechne. W dzień mamy z 18 stopni, nocą 6, jest początek stycznia tak na marginesie, Indie północne.
Mieszkam w 4-gwiazdkowym hotelu. Standard jak w Tajlandii. Duże pokoje. Prysznic tylko uzupełniony w wiaderko i kubek do polewania. Ale zwyczajny. Musicie wiedzieć, że wiele z indyjsich patologii póki co jest dla mnie niewidoczne. Nie twierdzę, że całkowicie zniknęło, ale zaczynam wierzyć, że premier Modi rządzący od 2014 Indiami, zmniejszył ubóstwo, takie patologiczne, do 5%. Powiem więcej, normalnie non stop było tu o czym gadać, ale tych inspiracji jest ułamek tego co dawniej. Z 5h gadałam może z 2-3. No góra 4:)) Przemknęło mi przez myśl, że tematy mi się skończą, no ale to Indie, to Azja, więc nie przesadzajmy. To tylko tydzień. Przejazdy po 5h, dam radę. Serio się cieszę, że tu przyjechałam.
Wstałam odespana o 4 rano. Po 2 zarwanych nocach jest mi dobrze. Klimę nastawiłam na grzanie i tak sobie do was piszę. Zdjęć prawie nie robiłam, bo tu jest tak zwyczajnie. Turyści twierdzą, że jest egzotyka, ale dla mnie brakuje tych mocnych akcentów jak sadhu wysmarowany ludzkimi popiołami nie do zdjęć z turystami, ale dlatego bo taki jest. Pewnie są przy świątyniach nad rzekami, ale żeby żadnego nie ujrzeć gdzieś przez 5h jazdy w Indiach? Nie mam jak widać nawet o czym pisać, choć mój wycieczkowicz Kamil mający w planach zostać pilotem wynotował chyba każde moje słowo. Przy 2m wzrostu się nadaje, nie będzie potrzebować nawet chorągiewki. Wolę kogoś kto jedzie i notuje niż instagramerki robiące kontent z własnej osoby i obsługujące wycieczki jako, pożal się boziu, pilot.
No dobra, złapię wifi i wam to zaraz opublikuję, bo wiem, że ciekawość zżera, sądząc po liczbie odsłon zdjęć na moim whatsupie. Zaraz wszyscy wstaną i tyle bedzie z mojego przesyłu.
Zdecydowanie nie cierpię, nawet twierdzę, że jest spoko. Nie wykluczam, że się rozkręce na tym rynku. Może nawet w marcu coś się przytrafi: już mam wstępną propozycję. W końcu mam roczną wizę wielokrotną do Indii, więc na pewno się tu jeszcze pojawię. Do zobaczenia.
Ten czerwony sznurek nazwałam ubezpieczeniem Śiwa Insurance: tak wiecie, żeby pasów bezpieczeńsrwa nie zapinać jadąc na czołowe,)
Fachowo podłączona z odpływem umywalka poprzez luźno zwisającą rurkę. Wow. Lokalny orlen.
Jak widać cuężarówka nie jest specjalnie udekorowana jak dawniej. Jak rano wsiada się do auta trzeba sprawdzić najpierw klakson, potem hamulec, na końcu wezwać bogów i można jechać. Tak mi tłumaczył przewodnik. Najważniejszy jest jednak klakson.
Dawne haweli, domy kupieckie, może i fotogieniczne, ale życzę im spotkania z fachową ręką specjalisty od zabytków po studiach. Może za 10 lat...
Sorry za literówki, nie mam czasu, jest 5h30, ręka mi odmarza...













Droga Aniu,jak już przestaniesz podróżować (pewnie za jakieś 30 lat)musisz wydać książkę!!!!masz niesamowitą łatwość pisania
OdpowiedzUsuń