Indie: Sarabum parabum. Festiwal Tanców Indyjskich

Festiwal Tańców Indyjskich trwa. Drugi dzień idę zaglądnąć. Jest grupa z Chennai, lokalna. Kolejna z Karnataki. Możemy mieć kłopot z docenieniem europejskim uchem tutejszych przebojów i rytmów. Wizualnie jest w porządku. Stroje są wypasione, a hupsańce bardzo wystudiowane, o mimice nie wspominając. Prawo, skłon, lewo, skłon. Ręce wędują w górę. Ruchy głową na boki jak w hinduskich filmach. Karnataczanki są bardzo urocze. 

O czym śpiewają. No wychodzi na to, że to takie boskie kołysanki. O Krisznie, Śiwie i innych bóstwach. W sumie to chyba taki święty festiwal połączony z zumbą. Dużo klękania, czasem wręcz rytuały wodne, obmywanie siebie i posągów, jak wskazują ruchy. Teraz po scenie hopsa człowiek-kurczak z zieloną twarzą. Na głowie aureola. Dużo biżuterii, bransoletek. Bębniarz z boku nadaje rytm. Byłam na setkach występów przy różnych muzeach. 

Nagle przed sceną przebiega krowa. Nie mam pojęcia czy to część występu, wszyscy się chichrają, więc chyba nie. Człowiek-kurczak bije pokłony. Szkoda, że nie piszą gdzieś tekstów po angielsku. Niebo lekko pokapuje. O nie! Tylko nie teraz. Chcę posiedzieć do 20h! Warto choćby dla etnografii tych strojów. 

Niektóre piosenki mają zdecydowanie za dużo zwrotek, jak się nie rozumie słów, to trochę to ciężkawe, ale nie codziennie ma się takie akcje. Sarabum parabum chyba ze mną zostanie do kónca wieczora. Tancerki mają dzwonki na stopach, stąd chyże przytupy, one są częscią orkiestry. Gromkie brawa za te sarabum! Oj szykuje się zmiana, dzisiaj więcej zespołów przyjechało. Sobota. Dyplomy i zmiana grupy. Ukłony, dziękczynne dotykanie stóp choreografa przez zespół. 

Kto następny? Bębniarze, z 15. Oj, będzie szał! Białe lungi ok, ale te podkoszulki? Jeden jedzie na flecie, robi się jazzowo. Stroboskopy szaleją jak na dyskotece. Miny muzyków bezcenne, przeżywają te rytmy. Na koniec rytm przyspiesza, robi się ultraekspresyjnie. Jakoś tak stadionowo. Teraz wchodzą 2 panie i zaczynają się pląsy, hupsańce, bardzo etniczne, mają w rękach jakieś pałki i wzajemnie sobie nimi przybijają piątkę rytmicznie skacząc. 2 dziewczyny, 4 chłopaków. Coś całkiem innego od poprzednich występów. 

A z boku już szykują się kolejne panny w czerwono-zielonych strojach, wykańczanych złotem. Muszą jednak poczekać, bo sceniczne demony teraz mają w każdej ręce chustkę, różową i niebieską, co przypomina gimnastyczki skaczące z szarfą. Trochę się naćwiczyli, idą równo. Dzisiaj na widowni więcej Europejczyków. Bębniarze nie dają za wygraną. Panie wkładają coś na kształt korony króla Juliana i pląsają po scenie. No i już, dyplomy. 

Scenę zajmują apsary i w rytmie nam nam, di di rum pom pom pokazują wystudiowane ruchy świątynnych tancerek: di di na tam dom. Jeszcze z 2 dni i się nauczę. Tworzą 4 osobowy pociąg i ruszają ramionami, że z daleka wyglądają jak Durga z 8 rękoma. I chyba o to chodzi, bo na przedzie jest taka, co resztę zasłania. Festiwal to projekt rządowy, sam minister rozdaje dyplomy uczestnikom. Na koniec di di domów obowiązkowo pozycja "drzewo" z jogi;)). No, jest i piosenka do Kriszny, chyba ulubiony hit indyjskich tancerzy folkowych. Jakbym się czegoś tu miała naumieć to zdecydowanie tego;) 

Kolejna grupa to 8 dziewczyn. Zaczynają rytuałem: każda po kolei bije pokłon przed statuą Kriszny stojącą na boku sceny, po czym przechodzi i dotyka stóp swojej nauczycielki. I ponownie zaczyna się gimnastyka w rytm jakiegoś świątynnego hymnu. Czas się zbierać, hotel jest 5 minut stąd, reszty posłucham z balkonu. Fajne jest to, że codziennie jest widać różnorodność. Największe wrażenie zrobili dzisiaj bębniarze. Zdecydowanie byli najoryginalniejsi. Choć najładniejsza była pieśń ku czci Kriszny. Zapowiadają kolejne piosenki ku czci Śiwy. Czas na mnie, padam, padam. Dosłownie też. 20000 kroków na liczniku. 

























Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rajlandia: Już jadę. ฉันไปแล้วนะ

Kambodża: Spokojnie, w południe już będziemy poza krajem

Bali: Nusa Penida, szpak balijski, uwolnić ptaszka!!!