Wietnam: Harmider i chaos Hanoi.
Hanoi tętni życiem. Za każdym razem mam hotel w nieco innej części miasta, więc nie brakuje mi miejsc do spacerów. Ovzywiście przechodzenie przez ulicę jest wyzwaniem. Tego trzeba się nauczyć. Pasy i światła są dekoracją. Trzeba wedrzeć się na jezdnię, pomiędzy motory i samochody i płynąć. Iść i się nie zatrzymywać. Nikt nas nie przepuści, oni nas będą wymijać, grunt to przeć do przodu, jak ryba skacząca poprzez niebezpieczne wodospady udająca się na tarl w górę rzeki, wbrew siłom natury, pod prąd. Za taką udrękę należy się co najmniej kawa z jajkiem, więc po kilku skrzyżowaniach siadam w knajpie. Tutejszy specjał to egg coffee, coś jak kawa z kogel-moglem. Pianka jest gruba i słodkawa. Nagle zmienia mi się perspektywa, można posiedzieć, jakby to powiedział Duńczyk: pohyggować. Obecnie więcej tu Chińczyków, Koreańczyków i Hindusów. To główne rynki skąd przybywają turyści do Wietnamu. Dominuje chiński Wielki Brat. W końcu to kraj komunistyczny. Zamówiłam mięsne kulki z serem, banh mi, c...