Indie: Zachód słońca na Mandovi

Co sądzę o Goa? Jechałam tu z ciekawością, bez uprzedzeń. Słyszałam o wspaniałym wybrzeżu, 3.5h lotu z Dubaju, ale Indie i plaża to mi się nie spinało. Zatem jestem. Pierwsza obserwacja: plaża jest czyściuteńka. Spore fale, ale nie takie oceaniczne jak w Kenii czy Brazylii, albo z drugiej strony Indii w Mahabalipuram, tu jesteśmy nad Morzem Arabskim. Plaża lepsza niż na Bali. Nie żartuję. Jestem w Candolim. Piasek jest wyczesany. Bardzo zadbane wszystko pod turystów, choć dojście średnie. Na plaży ogromne budy i wypożyczalnie leżaków i parasoli. Inny świat. Sama miejscowość to centrum hotelowe i ciągnie się to aż za Bagę: bary, restauracje, dość gęsta zabudowa. Taka Kuta i Legian Street na Bali. Ten sam styl. Nawet znalazłam chodnik nie zastawiony samochodami i innym ustrojstwem. Jak to możliwe? Są kary za parkowanie i rzeczywiście chodzą po nim ludzie, a nie krowy. Dzisiaj zrobiłam godzinny obchód okolicy i nie znalazłam ani jednej krowy. Dopiero popołudniu kilka się zdarzyło na obrzeżach. W Indiach to nowość. Same hotele niestety są duże na ciasnych działkach, więc jakbym miała tu spędzić tydzień czy dwa, to wybrałabym taki z wielkim basenem i otoczony zielenią. Do plaży mam z kilometr i w sumie większość obiektów ma podobnie, te 500m to minimum. Dużo się tu buduje, co mnie zdziwiło, sądziłam, że Goa etap budów ma za sobą, zatem można mieć wspaniały hotel, a 8m dalej wiertarki udarowe. Koło mnie nic się niby nie dzieje, ale rumor i szlifierkę słyszę nawet teraz będąc w pokoju. Zapewne nie zobaczycie tego w ofercie katalogowej. Podobnie jak komarów. Zostałam w nocy pożarta żywcem. Coś do prądu na odstaraszanie się przyda. Mam apartament z aneksem kuchennym i wielką lodówką, ale bez czajnika (mam swój, easy), za to ma on wady ukryte: klima chodzi tak głośno, że śpiąc w pociągu byłoby ciszej, a o 2 w nocy burki z sąsiedniej posesji wszczęły taki jazgot, że sądziłam, że tu jest jakieś psie schronisko. Na dłużej niż 3 dni bym tu nie została. W sumie jutro wracam do Polski. Dodam jeszcze ciekawostkę: mój hotelik ma całkiem przyjemny basen, czyściutki, bo nie ma tu dużego obłożenia, a śniadanie mam z Radissona, podobnie jak obsługę, bo właściciel dogadał się z chłopakami, żeby pilnowali mu recepcji i jest naprawdę wysoki poziom;) 

Czy ja wiem czy Goa na urlop to dobry pomysł? Wiem, że wizę do Indii wyrabia się 5 dni. Potem już biuro sie tego nie podejmie. A w związku z tym będą mega wyprzedaże na mniej niż 5 dni do wylotu. I są. Widziałam ofertę do Indii z przelotem charterem w styczniu 2026 za 2300 zł!!! Ale wiza we własnym zakresie jest potrzebna! Zatem zaczęłabym od tego tematu, to naprawdę może być najtańszy urlop od 15 lat. Nie brałabym też jedzenia. Wokoło pełno restauracji, za 5-10 euro zjecie smacznie. Taksówka z lotniska: do 20 euro. Można samemu ogarnąć sobie przelot czymś w stylu Air Arabia, są dość tanie loty z Krakowa przez Dubaj. 

Czas pozwiedzać. Zatem muszę dojechać do Panaji. Początkowo poszłam pieszo w stronę rzeki. Ruch koszmarny, brak możliwości bezpiecznego przekroczenia lokalnej rzeki, zawróciłam. Trafiła mi się restauracja, więc zjadłam obiad. Jak wyszłam, zatrzymał się obok mnie tuk tuk Przeznaczenia. Ile na Panaji? 700 rupii. Olala! 7 euro? Aż tyle?? A promy kursują? Ano tak. A ile do promu? 500. To jadę. Tak oto znalazłam się obok darmowej przeprawy. Znalazłam jednak kasę. Sprzedają za 600 rupii na 17h30 rejs. Trwa godzinę. Czy popłynę? Za 600, a nie za 6000 to może i tak. Zobaczę jak będzie z czasem. Prom kursuje co pół godziny, w godzinach szczytu co 20 minut. Muszę w godzinkę pospacerować po mieście i będzie optymalnie. Jest sporo skuterków. Trochę pieszych. Jak stąd wrócę? Nie mam pojęcia. A czy to ma znaczenie? Oddaję się przygodzie. Zawsze gdzieś łapnę taxi. Najwyżej przepłacę. Wchodzę na prom.  15h56 sygnał, najwyraźniej mają inaczej nastawione zegarki niż ja;) Silnik wyje jak klima u mnie w pokoju. No to jestem. Jeszcze tylko przejdę na drugą stronę ulicy, co dla niewprawionych może być wyzwaniem i oto Panaji otwiera przede mną swę koślawe wrota. Inne Indie. Całkiem inne. Mało turystycznie. Jest czyściciel obuwia, żebrak, sprzedawca betelu, straganiarka z ubogim zestawem tego, co wyrosło jej w ogródku, jakiś gazeciarz. Odrapane ściany i zatrważająco zaniedbana kolonialna zabudowa. Wreszcie coś prawdziwego, a nie plastikowe Goa dla Zachodu. Siedzi w podcieniach pani. Ma 4 plastikowe słoje i chce sprzedać jakieś strączki na dekagramy. To są Indie. Im bliżej Our Lady of the Immaculate Conception Church, tym bardziej turystycznie i mdło. Jak wszędzie. Tylko ciupagi z Zakopanego czy Sopotu tu brak. Psy na chodniku śpią w upale. Sprzedawca dzierżawionych instrumentów zachęca do zakupu. Dalej krawiec. Nagle wpadam na tłok hinduskich influenserów. Ohoho! Część miasta jest odnowiona, na kilku domach ZAKAZ FOTOGRAFOWANIA ZE WZGLĘDU NA HAŁASUJĄCYCH INSTAGRAMERÓW. Faktycznie, dużo ludzi, ale jak na tutejsze normy siedzą cicho. Obeszłam kawał miasta z jego wizytówką, kościołem Matki Bożej Niepokalanego Poczęcia. No nic, czas na mnie. Zachód słońca nie poczeka. Czas zakupić bilet na wieczorny rejs po drugiej stronie rzeki Mandovi. Coś czuję, że to będzie hit mojego dzisiejszego dnia. Dobiegam do odpływającego promu o 17h i oto jestem!

Cóż zrobić z 20 minutami wolnego. Na rejs wpuszczają o 17h30. I wtedy zdałam sobie sprawę, że grozi mi odwodnienie. Szukam czegoś do picia. Woda. Sprite. Cola. I wtedy naprzeciwko przystani wpada na mnie bar. O tak! Piwo! Poproszę! 150 rupii. A niech stracę! W hotelach zwykle po 500,) Baba w indyjskiej mordowni to jest sensacja, ale cóż miałam począć? Zimny Kingfisher (zróbmy założenie, że bezalkoholowy), bosko. Bar zamilkł na cały kwadrans. Wspaniale.

No dobra, czas zmierzyć się z moim wieczornym rejsem. To nie będzie turystyczny show za 70 dolców, tylko hinduska dyskoteka. Wchodzę zatem na Swastykę, tak zwie się statek. Zakładam, że to nie Titanic. Od 17h30 można wchodzić, ale rejs dopiero o 18h. Muza brzmi świetnie. Tym razem to nie hymn do Śiwy, takie lokalne techno, dynamiczne, ale całkiem inne niż u nas. Idzie Wodzianka 2.0: pan jak w USA na stadionie roznosi gorące przekąski - jakieś frytki i takie tam. No tak, kurs 600 rupii, ale do tego dodatki i napiwki. Dzieci na scenie już szaleją, młode pokolenie Bollywood, najwyraźniej bezstresowo wychowane. 4 minuty po 18h gość nas wita ze sceny po angielsku. Ściemnia się. Zachód za 20 minut. Pan zapowiada lokalne tańce, a na rzece robi się tłoczno, statków sporo. Mój jest duży. I o dziwo... zapełniło się. Górny pokład full! Wprowadzenie: tu pan od frytek, tu fotograf, bawmy się! Let's start!! Na scenę wołają dzieciaki i jakiegoś strasznego Misia. Zakopane i Miś w porównaniu z Misiem w kraju Śiwy: koncept podobny, ale trzeba zobaczyć, by uwierzyć. Ten słomiany z filmu "Miś" był mniej straszny. Nie wiem czy dzieci mają się bawić czy bać. Dzieciory rozkręcają dyskotekę. W tle czerwone słońce. Zaczyna się pokaz tańca etnograficznego. Siedzę w pierwszym rzędzie. Pląsy na scenie Swastyki  przenoszą mnie do lat 90. 

Mijamy gigantyczny statek "Big Daddy", brzmi niegrzecznie. Po chwili wyprzedza nas "Nirvana". I wszystkie statki są full!! Obserwowanie publiki zajmuje mnie bardziej niż cały rejs. Szukają ochotników na scenę. Nie wiem o co chodzi. Najwyraźniej tu nie o pływanie, tylko o tę zabawę typu weselnego. Jak sobie myślę, że oni przed ślubem się nie znają, to mnie to zachwyca. Gdzie u nas byłoby tylu ochotników? Patrzę jak się bawią: jakim trzeba być sprytnym wodzirejem, żeby z publicznosci zrobić aktorów. "Swastyka" musi być tania, bo nikt nie ma aż takiej publiki. No i jest blisko miasta. Fajnie wieje. Płynę w stronę Morza Arabskiego. Niektóre rejsy są tylko dla rodzin i par, tu nie ma takiego wymogu. "Swastyka" bierze wszystkich! Muza ryczy z głośników. A na koniec tańce portugalskie w wykonaniu Indusów, czyli ich wyobrażenie o kulturze europejskiej. Piosenka z lat może 80 i dziewczyny w strojach portugalskich. Nie, to trzeba zobaczyć!

Po godzinie muzyki chce mi się do ciszy i spokoju, ale nie widzę taksówek, ani tuk tuków, za to tłum czekający na autobus. Czekam z 10 minut, coś podjeżdża i zawraca blokując ruch. Niestety, ten nie jedzie do mnie. Z tyłu za to podstawia się kolejny. Z moimi nowymi przystankowymi znajomymi pakuję się do środka. Uboższa o 20 rupii [100 to 1 euro], jadę. To tylko 6 km. Niestety jest gigantyczny korek stworzony przez samochody, droga nie wytrzymuje takiego obłożenia, szczególnie przy ich wyprzedzaniu na piątego i braku pobocza, nie wspomnę o klasyce Indii, jeździe pod prąd. Ledwo mogą się minąć z autobusem. A jeszcze jakiś idiota zaparkował z boku. Fizycznie nie ma jak się zmieścić. Ile czasu w Indiach się jedzie 6km? No minimum 50 minut. Wyboru nie było. Pobocza brak. Jadą jeden za drugim, to była jedyna logiczna opcja natychmiastowa. Co ciekawe, w środku autobusu nawala muzyka. Pisze, że stojących miejsc 12. Jechało z 70 ludzi, na 2 siedzeniach po 3, ja sobie postałam. Znajomi przystankowi usmiechali się dodając mi otuchy jakbyśmy się znali z 5 lat. Bardzo swojsko. Okna pootwierane, duszno, bo więcej staliśmy jak jechaliśmy, ale tanio. Dlatego właśnie zamówiłam sobie ostatnią wieczerzę za jakieś 5 euro. Chcieli mi doliczyć 1 eur, bo rzekomo policzyli inny paneer. Nie ze mną te numery. Tu zawsze lepiej przeliczyć. Biała to głupia? Nie dam z siebie robić idioty. Jutro już kurs na Europę. Tak, jeszcze tu wrócę. 




Jak połowa wysiadła,mogłam zrobić jakieś zdjecia;)


Tańce portugalskie




Na statku "Swastyka"




Wodzianka 2.0


Straszny miś





Prom przez rzekę, darmo



Nie dla instagramerów































Teoretyczny rozkład jazdy promów





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rajlandia: Już jadę. ฉันไปแล้วนะ

Kambodża: Spokojnie, w południe już będziemy poza krajem

Bali: Nusa Penida, szpak balijski, uwolnić ptaszka!!!