Rajlandia: Niespodziewane weselicho
Północ Tajlandii oferuje różnorodne uroki. Począwszy od kultowych świątyń okolic Chiang Rai jak Biała Świątynia stworzona przez współczesnego wizjonera i artystę, Chalermchai Kositpipat, czy Niebieska Świątynia Tańczącego Tygrysa, dzieło jego ucznia, Phuttha Kabkaew. Obie robią ogromne wrażenie, ich aspekt wizualny jest tak odmienny od tradycji, że nie sposób się napatrzeć. Biel to symbol czystości Buddy, a kolor niebieski symbolizuje nieskończoność nieba, oceanu, duszy. Gdzieś niedawno czytałam, że bogowie w hinduiźmie są koloru niebieskiego, bo są bezkresni. Północ to także rzeka Kok oddzielająca Tajlandię od Myanmy oraz Mekong, umożliwiający wycieczkę do Laosu, gdzie turyści odkrywają nowo wybudowane chińskie miasto. Nic takiego, ale jednak z mapy-zdrapki można kolejne państwo odhaczyć. Wiem, złośliwa jestem. Północ to też tradycyjne masaże, nieco inne niż w Bangkoku czy Krabi, albo Hua Hin czy Pattaya. No i plemiona. Niestety tradycje zaciera współczesność i choć wioskę zamieszkuje ten czy inny lud, to my widzimy po prostu wsie. Są tylko niektóre miejsca, gdzie nadal, pod turystykę, panie noszą obręcze na szyji. Ja już je w kilku miejscach widziałam, ale głównie jako atrakcję pozującą do zdjęć w chińskich sklepikach z pamiątkami. Tak, można znaleźć pięknie tkane i haftowane ubrania, zgodne z tradycją, ale to już nie folklor, tylko komercja. Pytam przewodnika o wioskę ludu Yao, tak zaraz będziemy. Planowaliśmy krótki stop, ale właśnie trafiliśmy na wesele. Pytamy czy możemy wejść i tu sytuacja zaczęła się wymykać spod kontroli, bo posadzono nas za zastawionymi stołami, poczęstowano lokalnym jedzeniem, przyniesiono wódkę, zaproszono do tańca. Młodzi akurat się przebierali z strojów tradycyjnych w zwykłe. Orkiestra i piosenkarki nawdawali rytm, a my wraz z gośćmi tańcowaliśmy radośnie. Z 10 minut zrobiło się z 40. Przyznam, że wiele razy w różnych krajach widziałam wesela, ale pierwszy raz zaproszono nas na biesiadę. Czy my to planowaliśmy? Czy to część programu? Nie, ale co było robić? Tony przekazał z swoich napiwków 1000 bath. Grupa chciała zrobić zrzutkę po 20 bath, ale powiedziałam, żeby się nie wygłupiali. 20 bath kosztuje mała cola w Seven Eleven. Bilet na pociąg z lotniska do centrum 40. Tajlandia może jest tanim krajem, ale nie wypada traktować ludzi częstujących nas jedzeniem i wódką jak żebraków, z całym szacunkiem. Niemniej uroczystość zrobiła duże wrażenie. Myślę, że ta impreza, spotntaniczna, ludowa i nieprzewidziana zrobiła duże wrażenie.
Tony zorganizował konkurs z nagrodami. Nakupił maskotek, gadżetów, słodyczy. On uwielbia robić loterie. Jego wycieczek nikt nie zapomina, jeszcze teraz jak na whatsup wstawiam nasze zdjęcia, ludzie każą go pozdrowić, choć to nasi znajomi sprzed kilku sezonów. Tony po prostu jest gwiazdą.
A o co chodzi z konkursem? Otóż uczesnticy mają na mój telefon przesłać zdjecia z wycieczki: najlepsze ujęcie tygodnia. Czemu na mój? Bo jest ryzyko korupcji jak ztony będzie wiedział kto jest autorem zdjęcia. Nie, to nie moje spostrzeżenie, to Tony jest tak surowy wobec siebie. Dostaję zatem tuktuki, lody, posągi Buddy, a i samego Toniego, są zdjęcia z sporą jaszczurką pod wodospadem, są zdjęcia z wężem. Tony protestuje: nie wolno wrzucać zdjęć z sobą, bo on będzie wiedział kto jest autorem i jak kogoś lubi to mu da nagrodę, to nie byłoby uczciwe. Śmiejemy się, że zdjęcie z oplecionym 80kg wężem mamy dać z zamazaną twarzą. Na co jeden z uczestników wykorzystał AI i przesłał mi swoje ujęcie z podnienioną twarzą na Toniego. Płakaliśmy ze śmiechu.
A co na to Tony? Przygląda się i ma minę za 100 dolców: jak to możliwe? Nagle widzi spodnie w słonie i krzyczy: To nie ja! Nigdy nie założyłbym spodni w słonie! To, że wcale nie miał węża na sobie nie ma znaczenia, ale już kwestia tych gaci pozwala mu ustalić, że to fake! Fascynuje mnie błekit myśli i skomplikowane procesy myślowe w jego tajskiej głowie. Ile razy obserwuję takie akcje, nie mogę się nie uśmiechać.



























Komentarze
Prześlij komentarz