Indie: Mahabalipuram
Indie, kraj w którym więcej pytań niż odpowiedzi. Zrozumieć trzeba najpierw chcieć. Pan Janusz przepytał uczestników wycieczki: czy jeszcze kiedyś wrócicie do Indii. Nie bardzo, nie, niekoniecznie. A on stwierdził, że chętnie.
Dzisiaj poszłam na plażę. Najwyraźniej jest jakieś święto, bo dominuje kolor czerwony. Ludzie robili sobie zdjęcia na tle oceanu, panie suszyły sari rozciągając je na wietrze. Wygląda to jak gigantyczny odpust. Salony ulicznego tatuażu cieszą się wzięciem, dziewczyny grymaszą wystawiając chude ręce na ból. Naszyjników z koralików do wyboru, do koloru. Nie mam ochoty na zakupy, ledwo wyważyłam walizkę na 14.9 kg, limit to 15.
Szukam w internecie: w połowie stycznie odbywa się festiwal Pongal (9-14.01), swięto plonów w tym regionie Tamil Nadu, a Mahabalipuram obchodzi dodatkowo Festiwal Tańca, "coroczne wydarzenie z pokazami indyjskich klasycznych tańców takich jak Bharatanatyam, Kuchipudi, Kathak i innych, prezentowanymi przy zabytkowych rzeźbach i świątyniach nad morzem". I wszystko jasne!
Schowałam się przed tłumem koło koraliczarki. I piszę. Tata niesie na barana dziewczynkę, może dwulatkę, na nóżkach bransoletki. Rozglądam się, większość pań też nosi na kostce łańcuszek. Zaczepia mnie kolejna Induska z niedożywionym dzieckiem. Skąd jestem? Ignoruję, nawiązanie kontaktu oznacza, że się uczepi na dłużej. Białasów, jak ja tu jak na lekarstwo. Wreszcie mam 25'C, ale pochmurno, pokapuje, nie jest to deszcz, ani mżawka, tylko od czasu do czasu czuję kropkę wody na skórze. Bosonogie pielgrzymki suną po chodniku, co chwilę napada mnie latający śmieć. W tym kraju czystość to rytuał, nie jakość. Tak, zdecydowanie trwa odpust, przecież taksówkę ze mną ledwo przepuścili do hotelu. Fascynują mnie czapki i nauszniki do sari, jasnoróżowe, cukierkowe. Takie zderzenie kultur. Z naprzeciwka kuśtyka pies z swieżo rozjechaną nogą, aż mnie to boli. Tu trzeba uważać, wszechogarniający harmider trudno opisać. Ciągle ktoś się ociera, mnóstwo ludzi. Dziewczyny maszerując robiąc sobie selfiki. Nagle zrywa się wiatr i potok wody rozlewa się nad miastem. Jakby Śiwa wykrecał włosy, w które przez 12 lat zbierał wodę. Tropikalny ciepły deszcz zbiera ludzi z ulicy, więc szybko maszeruję w stronę hotelu. Co widziałam, to moje. Tego się nie da już odzobaczyć. Tylko zwierząt mi żal. Krowie śpiki ciekną z nosa, widać, że chora, inna chuderlawa, same żebra, inna łeb wsadziła w śmietnik i pasie się na odpadkach. To nie jest kraj na pierwszy raz w Azji. To doświadczenie dość harcorowe, a im mniejsza wiocha, tym bardziej ekstrawagancko.
A co z tymi świątyniami z VII wieku? To na jutro. One sa tylko dodatkiem do tej rzeczywistości, która tak nas, Europejczyków przeraża i fascynuje. Fakt, człowiek został zaprogramowany na ból, nie na przyjemność i ten hinduski bałagan ma swój urok. Indie trzeba przeżyć, one są doświadczeniem. Ile byście nie poczytali, nic nie zastąpi realnego kontaktu z tym fascynująco innym światem, gdzie bogowie czuwają na każdym rogu i są tak namacalni, że trudno zaprzeczyć ich istnieniu.
Ps. Serdeczne pozdrowienia i uściski dla moich wycieczkowiczów z Kolorów Indii. Rok 2026 uważam za otwarty. Szerokich lotów. Do zobaczenia na trasie.



























Właśnie te kolory Indii sprawiają ze chce się tam wrócić.Wiadomo że ten brud jest tylko na chwilę a później wrócimy do cywilizacji.
OdpowiedzUsuń