Kenia: Kwenda! Jedź! Amboseli czeka!
Wjeżdżamy do Parku Narodowego Amboseli, co po masajsku oznacza "trąbę powietrzną". Faktycznie po kilku kilometrach widzimy, że się kurzy. To nagrzana ziemia z powiewami zimna od Kilimandżaro tworzy takie małe zjawiskowe trąby. Stop! Dach Afryki wreszcie się pokazał! Gazele Thomsona (inaczej gazelopka sawannowa), słonie, zebry! Jedziemy! Kurzy się. Biała ziemia, nie czerwona jak w Tsavo. O! Gnu po lewej! Najbrzydsze? Ale jak?! Fajne są - wołają turyści. Impale na lewo! Naoglądaliśmy się zwierząt już od wczoraj. Cudownie, że tak wszystkich cieszy safari. Mijamy kolejne zebry, na prawo stadko gnu leniwie sie snuje po zielonej trawie. Tydzień temu przestało lać. Początek grudnia, wszystko zielone w Kenii. Czy to różowe na jeziorze to flamingi? Ooo! Ile ich tutaj! Nawet zebry po prawej przestały wywoływać emocje wobec tych różowych ptaków. Koło starej lodge stadko pawianów skubie w cieniu trawę. Mała wskakuje na mamę i zaciekawieniem nam się przygląda, po czym zeskakuje, by dosięgnąć cycka i napić się mleka. Drugie dziecko patrzy z zazdrością. Trochę daleko, ale widać wyraźnie na soczysttm zielonym pastwisku tłum bawołów. "Takie żubry" - ktoś rzuca. Chyba jednak to nie to samo, bawół w końcu jest w wielkiej 5 nie przypadkiem. Gdybym wyszła z samochodu zebra by uciekła, ale słoń czy bawół raczej by był skłonny do ataku. Samochodów zwiwrzaki się nie boją, to dla nich takie neutralne duże zwierzę, nic mu nie robi, to go się ignoruje. Dojeżdżamy do jeziora. Flamingi przed nami, blisko, w tle Kilimandżaro. Kawałek do przodu już widać pelikany, całe stadko. I pełno mniejszych ptaszków. Za jeziorem słonie. Tym razem nie czerwone, a białe. Na nich czaple robią im spa. Po lewej stado flamingów. Słońce odbija się od tafli jeziora. 17h20, robi się przyjemnie, bo upał zelżał. Dojezdżamy do flamingów. Wydawało się, że odlecą, ale tylko kawałek odeszły. Człapią przy brzegu w płytkiej wodzie. Dla żyrafy tu za grząsko, no i nie ma akacji. Jedziemy szukać stad sloni. Godzinę przed zachodem powinny być w ruchu ku wodopojom. Dzień może stały w cieniu drzew, których tu niewiele, ale wieczorem są już w drodze. Też mi się zachcialo pić. Woda w butelce mi się prawie gotuje. W ustach czuję piach. Woda ma temperaturę lekko schłodzonej herbaty. Słońce już nisko. Trafiamy na sporą grupę zebr, nieco dalej stadko słoni. Ustawiamy się tak, żeby miec w tle Kilimandżaro. Góra ma nieco chmur z prawej. Do stadka biegnie mama z maluchem i trąbi. Grupa się przemieszcza. Dwa słoniątka walczą nieporadnie. Zaintrygowane słonie patrzą na tę akcję, my też. Słonce zachodzi, zakrawa to na kicz. Wracamy. Ktoś mówi, że jak w "Pożegnaniu z Afryką". Kilimandżaro odkryło się aż nieprzywoicie. Trochę chmur gdzieś w tle. Jest perfekcyjnie. 18h30 już ciemno. Jutro Park Narodowy Nakuru, już się cieszę.































Komentarze
Prześlij komentarz