Indie: Śiwa idzie nyny
Kolejny dzień zdejmuję buty, by odwiedzić świątynię w Thanjavur, znaną turystom, bo to przecież monument UNESCO. Coraz mniej mnie przeraża chodzenie boso. Lekko pada, więc dziedzińce są mokre, zatem użycie skarpet jest bez sensu. Jest poranek, zatem Hindusi przychodzą po błgosławieństwo. Przy różnych ołtarzach odbywa się śpiewanie mantr, manewrowanie ogniem, dostaję kropkę. Wolę nie wiedzieć z czego te prochy. Taki codzienny popielec tu mają. Rytuał bardzo zbliżony. Modlitwa-kasa-kropka-ukłon dziękczynny, czasem także dosłownie ogrzanie dłoni przy żywym ogniu świecy zapalonej od ołtarza idola i dotknięcie nimi oczu i twarzy. Jak widać, wiele mamy z tej kultury w naszej obrzędowości. Zastanawiam się czy to nie czczenie idoli. W sumie to nie, bo dla nas to kropka z prochu, więc nie ma modlitwy do Śiwy, jest to więc raptem wyraz szcunku dla cudzej religii. Oczywiście ksiądz pewnie by ze mną podyskutował na ten temat. Zależy od naszej interpretacji. To raczej Hindusi mogliby się obrazić, że kalamy ich religię. Wyobraźcie sobie grupę Hindusów robiącą nam zdjęcia podczas sumy w niedzielę. Co innego wejście do świętego miejsca bez butów, co innego przyjmowanie kropki, bedącej symbolem błogosławieństwa. To jak przyjecie sakramentu komunii przez nie-chrześcijanina. U nas byłoby to świetokradztwem. Tu jednak z tym nikt nie ma problemu, Jezus, Budda są traktowni taktownie i z szacunkiem. Ktoś stwierdził, że zostawiając buty wyzbywamy się godności. W sumie tak, zostawiamy też pychę. Szanujemy zwyczaj. Hindusi wchodząc do kościoła także zostawiają buty na progu, bo szanują cudzą pracę, co ma znaczenie w tak pylistym i zakurzonym kraju. Nie jest to dla nas komfortowe, ale jadąc do Indii musimy mieć świadomość, że to my jesteśmy goścmi i się powinniśmy dostosować. Czy warti zobaczyć takie świątynie: owszem. Różnorodność, różnice i podobieństwa w praktyce. Rarytas. Świątynie wizualnie są ciekawe. A aspekt cudzej żywej sakralności jest dla nas zaskakujący. Indie to jednak nie pustka, a mnogość. Tu nikt nie żyje pojedyńczo. Role ma się tylko w obrębie rodziny i zbiorowości.
Odwiedzam lokalną fabrykę brązów. Metodologia starożytna. Jeden miesza roztopiony wosk pszczeli i tłuszcz kokosowy. Robi z tego plastelinę wylewając stopioną mieszankę do wody. Następnie gotową figurkę oblepia się gliną z pobliskiej rzeki. Zostawia do wysuszenia, potem taką cegłę się podgrzewa, wosk wypływa, środek się zalewa mieszanką brązu (mosiądz, miedź, cyna, cynk, ołów, fosfor, czasem srebro albo złoto) i wkłada do pieca rozgrzanego do 1500 stopni. Nazajurz glinę się rozbija, a rzeźbę poleruje. Warunki... prymitywne do kwadratu. Czasem mam wrażenie, że oni się zatrzymali z 2000 lat temu, a z drugiej strony wysyłają na Księżyc łazik i planują wkrótce wysłać w Kosmos ludzi już w 2027 roku! I ten kontrast jest absolutnie zakakujący.
Wieczorem znowu taplam nogi w błocie. Tym razem idę do świątyni Minakszi w Maduraj. Wejście: poważna kontrola torebki. Telefony zakazane. Nawet szminki. O nożach czy zapalniczkach nie zapominając. Trzeba wejść przed 20h i długo czekać. Około 21h30 odbywa się ważna ceremonia. Śiwa skończył robotę i idzie spać. Figurkę wynoszą 4 bramini w bogato zdobionym palankinie. Bujają go do snu. Przed nim jest podnóżek ze srebra z butami. I tenże podlewa się wodą, mlekiem, ubiera kwiatami. Śiwa się kąpie przed nami. Nie widzimy go, ale obserwujemy skupienie i zaangażowanie. Muzyka, bębny, procesja. Taki apel jasnogórski w wersji indyjskiej. Pomyślałam o tronach dla bóstw na Bali. Dokładnie ten koncept. To nie jest figurka, to sam Śiwa stoi 2m ode mnie, w to wierzą Hinduiści. Sama procedura trwa z 30 minut. Brak telefonów i aparatów pozwala uczestniczyć w obrzędzie, a nie tylko skupiać się na technologii. Jest tu jakiś sens. Wierni za zbliżenie się do palankinu ofiarują banknoty ascecie. Wygląda jak z świętych Wed. Skóra i mięśnie. Czoło umazane prochami z zaznaczonym 3 okiem. Włosy dziadkowi sterczą, ale jest przejęty rolą. Jest ważną częścią ceremoniału. Może turyście uczestnictwo w takiej akcji jest zbędne, ale podróżnik doceni autentyczność. No nic, czas i na mnie. Jutro ruszam do Kerali.









Komentarze
Prześlij komentarz