Kenia: Masajowie, dumni wojownicy
Jest 2 w nocy. Śpię w namiocie. W sumie to spałam. Na zewnątrz coś się kręci, w rzece drą się hipopotamy. Nie, nie wejdą na skarpę, ale mnie obudziły ich pomruki i pohukiwania. Ktoś nieproszony musiał wpaść się napić, bo nagle zrobiła się wrzawa. Coś trąbi, może słoń w pobliżu. Ścieżki wydeptane przez hipopotamy i jemu pozwolą dojść do wody. Wczoraj odwiedziliśmy masajską wioskę. Nie mam dobrych wspomnień z afrykańskich wioch: małe dzieci z wydętymi brzuszkami, z muchami szukającymi wilgoci, pchającymi się do ust i oczu, bieda. One dollar od zdjęcia i nachalne nagabywanie na zakupy. Prośby o cukierki. Podjeżdżamy land roverami. Powitalne tańce i podskoki. Dołączamy. Miło. Szef wioski, 40-letni Masaj mówi nam o życiu i podziale ról w społeczeństwie. Ma 2 żony, 3 dzieci z jedną, 2 z drugą. Dzieci to błogosławieństwo. Żadne jednak się nie kręcą wokoło. Żadnego żebrania. Tylko dorośli. To nowość. Na plus. Turystyka nie jest dla dzieci, ich miejsce jest w szkole. Masajowie lubią duże r...