Wietnam: Sapa Valley, mniejszości etniczne
Już po 21h, a ja walczę ze snem. Wczoraj padłam o 19h i wstałam o 6h. Mam jet lag jak stąd do Katowic. Powoli przestawiam się na lokalny czas, 6h różnicy. Byłoby znacznie łatwiej gdyby nie deszcz. Spać się chce non stop, pomimo cudownej lokalnej kawy, a że tu bazują na robuście, to daje kopa na chwilę, ale ciśnienie niskie, to ciężko jest.
Co ja tutaj robię? Nie, to nie urlop. Odwiedzam górskie regiony Wietnamu na granicy chińskiej. Czy jest tu fajnie? Nie wiem, mgła wszystko przesłania... Niby październik taki super na północny Wietnam, ale w Hanoi koło 20 stopni było, pochmurno z mżawką, kapuśniaczkiem, przerwą na ulewę i chwilą bez opadów, za to w 100% wilgotności. 6h jadę na północny-zachód. Po drodze mówię do przewodnika, żeby coś nam zaśpiewał. No wstydzi się. Pouciekamy... No znam tutejszych chłopaków, zwykle mają wyćwiczone głosy na karaoke, więc mu nie odpuszczam. Po chwili na ekranie widzimy defiladę. Będzie piosenka o Ho Chi Minh. Śpiewamy ją wspólnie, znaczy my glownie refren, ale myślę, że na długo to z nami zostanie. Klaudia jeszcze dzisiaj ma w głowie tę melodię. Mówię: znajdź coś dla dzieci, więc lecimy o kaczuszkach robiących "cap, cap, cap". Niemniej karaoke z Ho Chi Minhem nic nie przebije.
Bar karaoke w SaPa
No i tak oto docieramy na 1500 m n.p.m. SaPa. Kurort wykoncypowany jeszcze przez Franzuzów. Tak na poważnie uturystyczniony na początku lat 2000. Serio. Dopiero wtedy tu drogi budowali, a do dziś budzą wiele obaw. Co chwilę mijamy osuwiska i lawiny błotne. Co kilka kilometrów kawałek drogi zabezpieczony taśmą. Przypomina mi to Ekwador jak poszliśmy do spa w górach, bo dojazdu do hotelu nie było z powodu lawin błotnych, które zatarasowały drogę.
Pogoda podobna, przez te chmury jest też do 23 stopni, więc wcale nie zimniej, ale też ultra wilgotno. Region specjalizuje się w koninie i mięsie wołowym, więc w każdej restauracji podają tutejsze specjały. My mamy hot pot. Zbyszek się śmieje, że to lekcje gotowania. Tutaj wiedzą jak podać dobrą strawę z kukurydzą, liśćmi kolczocha, świeżą kolendrą, dużą ilością mięsa, lokalnymi grzybkami i tofu. Gorzej z daniami zachodnimi: unikajcie frytek. Naprawdę się starają, ale wiecznie są zimne lub letnie... Moi turyści zachęceni opowieściami już pozaliczali różne stworzenia jak żaba czy krokodyl. Mają tu fajne mieszanki herbat z suszonych owoców (mango, chińska śliwka, truskawka, kiwi, ananas) i kwiatów, jakich nie znacie. Naturalnie sprzedają lokalne wyszywanki: obrazki, paski, sukienki, bluzki, w lokalne wzorki kosmetyczki, zabawki. Grzyby, owoce, różne suszonki, mieszanki. Na ulicach moda lokalno-nowoczesna. Stroje każdego plemienia traktują na zasadzie: taka mi się podoba,to sobie kupię, bo kto mi zabroni, tutejszy folklor się rozmywa już, ale dzięki turystyce nadal chodzą w ludowych strojach. Panie z dziećmi przytroczonymi do pleców handlują czym popadnie. Raczej tanio.
Pojechaliśmy pooglądać lokalne wioski. To nie jest skansen. Drogi własnej produkcji. Czy jest ładnie? Nie, jest ludzko i zwyczajnie. Piękne są homestay, kwatery dla turystów. Nie brakuje restauracji. Możemy wejść do domu. Ognisko, na nim 2 gary, coś się pichci, pachnie jedzeniem i drewnem, pies się grzeje, tu figurka Jezusa, bo to katolicy, kącik do brania prysznica, bez kafelek, ale w betonie, reszta domu: klepisko. Na piętrze duże zapasy. Żarna do mielenia kukurydzy: Aśka z grupy się śmieje, że fitness mają przed obiadem, ona to by przygotowała może kolację... Nie, nie, to kukurydza paszowa dla kur i świń. Mama kura dumnie chodzi po domu, wokoło biegają pisklaki. Tu i ówdzie towar na sprzedaż. Panie pokazują lokalnej produkcji abażury, kosmetyczki, ubrania i inne elementy garderoby. Tu rośnie jadalny kolczoch, wczoraj mieliśmy go w zupie, taka gruszka wisząca jak winogrono. Tam niejadalne, ozdobne psianki sutkowate (intensywnie żółte jak papryka lub czerwone jak muchomor). Pogoda mokra, ale chmura jest powyżej, mniej pada, coś widać pola. Są tarasy. Dużo ich, wiele pięter, ale nie są zielone niestety. Chyba o 2 tygodnie za późno jesteśmy, żeby był efekt wow.
W jednej z wiosek odbywa się wesele, państwa młodych nie widać, ale są zdjęcia, siedzi z 70 ludzi, stoją na tarasie, patrzą jak krojone jest na kawałki mięso, już upieczone. Kobiety razem, mężczyźni razem. Zajęci dyskusjami. Na to my się pakujemy. Wszystkie panie w lokalnych strojach. No jest klimat.
Miałam w planach Fansipan, dach Indochin, ponad 3100m. Od 3 dni obserwujemy co tam się dzieje, ale widać głównie mgłę, więc odpuszczamy tę przygodę. Zamiast tego idziemy na masaż. Może nie jest to tajska refleksologia, ale masaż nóg z olejkiem, za to fajny. Mówię, że mam ciasne spodnie i ściągam. I wtedy cała nasza 5 poszła na całość i ściągnęliśmy gacie. Panie pękały ze śmiechu, bo zamiast w szatni, to my na środku salonu, jeszcze przy przeszkolnej wystawce. No grupa ekshibicjonistyczna! Równie dobrze mogliśmy się rozebrać na środku ulicy! Pani szybko przynoszą nam fachowe gacie do masażu, w tle gra muzyka relaksacyjna i wreszcie czuję, że żyję.
Jutro wstaję o 6h, więc czas dospać. Dobranoc!




































Komentarze
Prześlij komentarz