Kenia: Masajowie, dumni wojownicy
Jest 2 w nocy. Śpię w namiocie. W sumie to spałam. Na zewnątrz coś się kręci, w rzece drą się hipopotamy. Nie, nie wejdą na skarpę, ale mnie obudziły ich pomruki i pohukiwania. Ktoś nieproszony musiał wpaść się napić, bo nagle zrobiła się wrzawa. Coś trąbi, może słoń w pobliżu. Ścieżki wydeptane przez hipopotamy i jemu pozwolą dojść do wody.
Wczoraj odwiedziliśmy masajską wioskę. Nie mam dobrych wspomnień z afrykańskich wioch: małe dzieci z wydętymi brzuszkami, z muchami szukającymi wilgoci, pchającymi się do ust i oczu, bieda. One dollar od zdjęcia i nachalne nagabywanie na zakupy. Prośby o cukierki. Podjeżdżamy land roverami. Powitalne tańce i podskoki. Dołączamy. Miło. Szef wioski, 40-letni Masaj mówi nam o życiu i podziale ról w społeczeństwie. Ma 2 żony, 3 dzieci z jedną, 2 z drugą. Dzieci to błogosławieństwo. Żadne jednak się nie kręcą wokoło. Żadnego żebrania. Tylko dorośli. To nowość. Na plus. Turystyka nie jest dla dzieci, ich miejsce jest w szkole.
Masajowie lubią duże rodziny, nie mają planu urodzeń. Każda żona ma swoje domostwo, które samodzielnie zbuduje, on śpi raz z jedną, raz z drugą. Masaj pokazuje nam wnętrze chaty z łajna i ziemi, na środku palenisko na węgiel drzewny, okrągła dziura szerokości 15 cm to okno i komin. Dach z patyków akacjowych i oliwnych. I worków. W wiosce żyją 10 lat, potem domy się rozpadają, jest dużo robactwa, termitów i trzeba się przenieść, a teren uprzątnąć. W obrębie wioski mieszka 127 osób, w tym 30 dzieci, ale sąsiedzi są w pobliżu i tam i tam. Ile mogą mieć żon? 1 żona to 10 krów. Tam za górą sąsiad ma 12, ale 2 mu zmarły, tam obok ktoś ma 6. A Twój ojciec? - pytam. Ma 3 żony i 46 krów. Szkoła, policja, szpital są 3 km stąd. Masajowie mają 1 samochód, zawożą nim dzieciaki do szkoły, a kobiety do szpitala, ale trzeba zapłacić. Darmowa szkoła jest płatna w 70%, bo tylko część nauczycieli opłaca państwo. Żony rodzą w wisoce, mają położną, ale jak są komplikacje, to szybko wiozą do szpitala. Mają też motory. Noszą tradycyjne stroje, to widać w wioskach, może pod szmatką mają spodenki, mogą też się nosić tradycyjnie. Starsi mają przebite uszy, młodsi już nie: przeszkadzają w grze w piłkę czy siatkówkę. Pokazuje nam starszego pana z długumi, naciągnietymi uszami, do dziury mógłby wsadzić sobie średni talerz. Nosi się bardzo tradycyjnie, okryty czerwonym masajskim kocem, na szyi ozdoby z paciorków. Masajowie mają wiele dużych uroczystości: narodziny dziecka, nadanie imienia, obrzezanie w wieku 18 lat, stanie się wojownikiem, ślub (ustalony przez rodzinę). Zjeżdżają znajomi, czasem z Tanzanii. Można też ich odwiedzić, wtedy trzeba wstać o świcie, póki chłodno. 6 godzin marszu i już granica. Są chrześcijanami, ale jak długo nie pada, zabijają krowę dla lokalnych bóstw. Masajowie pokazują swoje bydło i różne wyroby oraz broń. Kij pasterski do rozdzielania walczących byków albo chłopców, maczetę, kamień do jej ostrzenia używany od pokoleń, do lwów strzelają z łuku, a nocami palą ogniska i chronią inwentarz przed drapieżnikami mieszkającymi w pobliskim buszu. Ich marzeniem nie jest spotkać lwa, jak naszym...
Dom buduje kobieta, gotuje, szyje, dogląda dzieci, opiekuje się inwentarzem, karmi, doi. Panowie dbają o krowy. Jedzą ich mięso, piją krew i mleko. Nie są rolnikami, podkreśla gospodarz. Podoba mi się, że wioskę mamy na samym końcu objazdu. Ktoś twierdził, że już wszystko wie: Kikujowie mogą mieć do tylu żon, a Masajowie do tylu. Praktyka różni się od teorii. Na koniec pokaz krzesania ognia i śpiewy pań. Wyjście przez stragany z pamiątkami, naturalnie. Nie bardzo mamy potrzeby zakupowe.
I wtedy zrywa się wiatr. Trąba piaskowa tańczy wokół samochodów. Jest sucho, dawno nie padało. 10 minut później, w drodze do campu lunęło. Sawanna będąca pełną zwierząt wczoraj dzisiaj się wyludniła. Impale stoją w szyku bojowym tyłem do deszczu. Jak wojsko. Ktoś wypatrzył w rowie serwala. Całkiem inaczej wygląda sawanna w deszczu. Doceniamy ile szczęścia mieliśmy w tym tygodniu. Każde safari obfite. A wystarczył mały deszcz i nagle wyludnienie. Mówią, ze mieliśmy szczęście. Ja to już wiem odkąd zobaczyłam tęczę i Kilimandżaro parę dni temu. Zwierzyna się stale przemieszcza między Tanzanią a Kenią, miedzy Serengeti a Masai Mara. Nigdy nie wiesz jak będzie. Dziś stada bawołów po kilkaset sztuk spotkasz, jutro pusto. Porównuję poranek i wieczór w Nakuru i w Masai Mara. Tam gdzie rano był zwierz, wieczorem nic i odwrotnie. Żadnej gwarancji nikt nam nie da. To był zdecydowanie udany tydzień w towarzystwie genialnych kierowców-przewodników. O 5 wstajemy, o 6h jedziemy do Nairobi. Dom Karen Blixen (w jej duńskiej posiadłości byłam we wrześniu), obiad i lotnisko i o 18h lecimy do Mombasy na kolację, oby wszystko wypaliło. Naprawdę aż chce mi się tu wrócić.













Aniu, aż chce się tam polecieć, zobaczyć, przeżyć te chwile.Pozdrawiam serdecznie
OdpowiedzUsuń