Kenia: Naivasha i Nakuru. Love is in the air!

6h śniadanie, 6h30 wyjazd. I w drogę. Dzisiaj aż 400km jazdy. Jezioro Naivasha powitało nas bogactwem ptaków: czaple, ibisy, pelikany, warugi. Wszystko to pasie się i brodzi na podmokłym trawniku unoszącym się na wodzie. Wsiadamy do łodzi i płyniemy oglądać hipki w wodzie. Mijamy kormorany. Pojawiają się orły. Jest ciepło, taki męczący upał. Chłód od wody daje nam wytchnienie. Małe te łódki, na 7 osób. Pływamy blisko hipciów, ale one nie pływają, chodzą po dnie, a my jesteśmy na głębszej wodzie. Małe stoją na matkach. Strzygą uszami. Obserwujemy kilka rodzin. Potem płyniemy karmić orły. Załoga rzuca rybkę, gwiżdże, a ptak majestatycznie wzbija się i atakuje prezent. Miejscowi stoją w wodzie i łowią ryby. Wracamy na ląd, po drodze idę zobaczyć słynne gniazdo warugi. Taki wielki stos patyczków. W moim przewodniku pisało, że znaleziono taką deweloperkę w Zimbabwe i były tam kaseta magnetofonowa, puszki, kable, a nawet majtki i opona rowerowa. Dlatego chciałam zobaczyć jak to się prezentuje. Domek ma kilka komór i tylko jedną dobrą dla pisklaka. Waruga świetnie wygląda i uwielbia budować gniazda, jak się wyprowadzi zajmie je sowa czy wąż. 

Jedziemy dalej do parku Nakuru. Korki w stronę Ugandy obrzydliwe. Robi się późno. Moi kierowcy obierają skrót i pylistym traktem jadą z 80 km/h. Oby opona nie wystrzeliła. Docieramy do bramy parku. Dobre wieści, znaleźli lwa. Pędzimy go zobaczyć. Mijamy gigantyczne stada bawołów, ale nie ma czasu, lew właśnie jest zakochany i zabawia się z lwicą. I wtedy natępuje bam. Poszła nam opona. Wymiana koła zajęła... 5 minut. Jak bawoły ma się po prawej, a hieny po lewej to sprawnie to idzie. Dojeżdżamy do lwów. Leżą. Śpią. Nikt się nie rusza. Jeden kot podnosi ogon trochę zirytowany hałasem samochodów. Lew ziewa, przeciąga się i rusza do akcji. Liże lwicę, gryzie ją i po minucie kładzie się zdrzemnąć. Patrzy na samochody stojące wokoło. Nie robią na nim wrażenia. Stoimy. Za 5 minut znowu bierze się do pracy. Jak jemu się znudzi, to ona go przypilnuje. Trwa to z 10 dni. My ruszamy dalej, bo słońce już nisko. Szukamy nosorożca. Znajdujemy 3 dość blisko. Samica i dwa samce. Podobno rodzina. Jak ona sika, jeden podchodzi i sprawdza czy już można z nią się zbliżyć. Widać Nakuru jest w jakimś miłosnym uniesieniu. Nagle zauważamy, że po drugiej stronie drogi są zebry i bawoły. Przez te nosorożce je zignorowaliśmy. Na powrocie mijamy hieny i hipopotama. I kolejne 3 nosorożce białe. Bardzo udany dzień. Przed 19h dojeżdżamy do lodge obok parku. Jutro też wpadniemy z rana do parku, bo popołudniu czeka nas wisieńka na torcie: Masai Mara.


Lwie amory, love is in the air









W tle lwy


5 minutowa wymiana koła



Gniazdo warugi to kulka na środku


Waruga


Orzeł



Hipopotamy








Widok na Rift Valley

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rajlandia: Już jadę. ฉันไปแล้วนะ

Kambodża: Spokojnie, w południe już będziemy poza krajem

Bali: Nusa Penida, szpak balijski, uwolnić ptaszka!!!